Nawiązując do mojego poprzedniego wpisu, chciałbym Was uspokoić. Nie porzucam całkowicie biegania w zawodach. Będzie jeszcze szansa spotkać się z moją nieprzeciętną osobowością przy okazji różnych imprez. ;) Wiem, wiem. Ufffff. Odetchnęliście z ulgą. To zrozumiałe. ;) Gdybym całkowicie odpuścił, byłaby to niepowetowana strata. Porównywalna z ucieczką Janukowycza do Rosji. ;)Ale do sedna...
Od początku szukałem w bieganiu jakiegoś głębszego sensu. Zrzucenie wagi, bicie życówek, dobra forma, to wszystko jest jakimś powodem... nawet całkiem niezłym, ale nie dla mnie. Już nie. Był moment zagubienia, zafiksowania na życiówki, wyczyny, maratony, ultra. Gdzieś to we mnie pozostało, nie przeczę. Ale nie odgrywa już tak istotnej roli. W głębi duszy zawsze chciałem, żeby to co robię przynosiło jakiś pożytek. Tyle, że nie chodzi o pożytek dla mnie. Raczej o działanie w myśl zasady "róbmy to co warto, a nie to co się opłaca". Wbrew pozorom, to dwie zupełnie różne sprawy. Dlatego chętnie zaangażowałem się w akcję "Biegnę, żeby Bartek mógł biegać", wspieram jak umiem fundację "Zwycięzca" Darka Strychalskiego, podbiegnę jakiś fajny bieg dla Mimi Reichert, co roku będę latał w Biegu Orkiestrowym w Gliwicach. To podstawowe powody dla których nie chcę i nie zrezygnuję ze startów w zawodach.
Jeśli się jednak bliżej przyjrzeć, jest w tym sporo egoizmu. Ale takiego, jakby to powiedzieć... pozytywnego. Bo jeżeli staram się o to, by moje bieganie przynosiło pożytek innym, to sam czuję się z tym dobrze. A tam dobrze... czuję się rewelacyjnie! Każdy start w "koszulce mocy" jest dla mnie wyjątkowym wydarzeniem. Dlatego też nie zakładam jej na treningi. To dla mnie "świętość". Czuję, że to co robię zmienia moje życie na lepsze. Poznałem mnóstwo świetnych ludzi, z przyjemnością wymieniam się z nimi poglądami na internetowych serwisach, oglądam na zdjęciach, cieszę się ze świetnych wyników.
Doszedłem jakiś czas temu do wniosku, że będę bardzo starannie dobierał biegi, w których chciałbym wystartować. Odrzuca mnie od asfaltów miasta. Moim miejscem jest las. Dlatego też spróbuję na jesieni zmierzyć się z Maratonem Kampinoskim. 42 km i 195 metrów po puszczy... Oooo tak! To mnie rajcuje!
Za kilka dni polecę w "Biegu dla Słonia". 7 km w okolicach Parku Śląskiego w Chorzowie. W nocy, z czołówkami. Zawody są hołdem dla Artura Hajzera. Wybitnego wspinacza, himalaisty, ciekawego człowieka. Artur zginął 2 lata temu na zboczach Gasherbruma I.
W przyszłym roku chcę pojawić się na "Piątce dla Bartka". Postawiłem to sobie za punkt honoru. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego jest to dla mnie ważne.
Przekonuję się do mniejszych imprez. W Półmaratonie Suhara w zeszłym roku wystartowało kilkudziesięciu biegaczy. Trasa była ciężka (15 km po piaskach Pustyni Błędowskiej). Bieg rozgrywany w fatalnych jak na sierpień warunkach pogodowych. Zimno, deszcz. Masakra. I co? To są najlepsze zawody w jakich brałem udział. Mam do nich wielki sentyment. Twardzi zawodnicy, klimat, las, pustynia. Bardzo żałuję, że w tym roku nie pobiegnę drugiej edycji, akurat będę na wakacjach. Jednak wszystkim polecam ten bieg. Warto się zmierzyć z takim wyzwaniem. Będzie co wspominać.
Na pewno pojawię się na kolejnym Leśne Run w Zabrzu. Trasa wiedzie przez mój ukochany las na Maciejowie. Impreza zaczyna przyciągać coraz liczniejsze grono zawodników. Fajnie, że niedaleko domu mam bieg, który zyskuje renomę na Śląsku. Oby tak dalej.
Nie odpuszczę kolejnego startu w Gliwickim Biegu Orkiestrowym na początku 2016 roku. To będzie moja 3 edycja. Póki zdrowie pozwoli, będę w ten sposób wpierał WOŚP.
Na pewno znajdzie się jeszcze kilka imprez, w których będę chciał pobiec. Jest jednak jeden warunek. Muszę czuć, że to bieg z klimatem i duszą...

Dopiero teraz przeczytałem.
OdpowiedzUsuńSłuszne podejście, Przemku :)
No i na Piątkę to Ci chyba sam bilet kupię :)
Zapłacisz za paliwo jak przyjadę autem. ;)
Usuń