17 kwietnia 2018

Salamandra z piekła rodem

Gdybym miał opisać ten bieg jednym zdaniem, byłoby to coś w stylu:

- Dałem z siebie więcej, niż miałem! 

Dlaczego miałem tak mało? To sprawa do moich przemyśleń i analiz, nie będę Was tym zanudzał. Na pewno dużo się nauczyłem i przybyło mi sporo doświadczenia.

W sumie ciężko mi zebrać to, co się stało w jakąś sensowną i spójną opowieść... Pewnie dlatego, że nie tak to sobie wszystko wyobrażałem.

Pierwsze kilometry były jeszcze całkiem wesołe

Moje nieszczęście zaczęło się od ukłucia w prawą "czwórkę" podczas stromego zbiegu z Ostrego Nydeckiego. Od tego momentu tylko podejścia i bieg po płaskim, nie wiązał się z bólem uda. Miejsca, na których można było fajnie polecieć w dół, stały się dla mnie odcinkami największych katuszy. Doszło do tego, że po długim zbiegu z Małej Czantorii musiałem na chwilę położyć się na środku szlaku. Zaniepokoiło to wiernie towarzyszącego mi Andrzeja, choć przyznał się do tych obaw dopiero dnia następnego. Nie uważam się za mięczaka, ale w tym momencie nie byłem po prostu w stanie biec dalej. 

Zbieg z Ostrego Nydeckiego. Chwilę potem zaczęło się moje nieszczęście.
fot. Andrzej Szczot

Mniej więcej od 25 km zawody te stały się dla mnie pasmem niekończących się kryzysów. Robiłem wszystko, by nie odwodnić się, piłem sporo, zaliczałem wszystkie możliwe strumyczki, uzupełniałem softflaski... nie ustrzegło mnie to jednak od tego nieprzyjemnego stanu. Pojawiały się zawroty głowy, gęsia skórka i totalna niechęć do kontynuowania wysiłku. Gdyby nie towarzystwo Andrzeja i jego wsparcie, na pewnie nie skończyłbym tego biegu. W pewnym momencie uznałem, że dotarcie na Polanę w Ustroniu będzie dla mnie sukcesem. Nie zliczę ile razy myślałem o tym, by zejść z trasy i wrócić do Goleszowa autobusem. 

Sam nie wiem, co pchało mnie dalej? Może myśl, że moja młodsza córka będzie smutna, gdy wrócę bez medalu. Tak... o tym chyba myślałem najwięcej. O tym, żeby nie zasmucić Oli. To była najsilniejsza myśl, która nie pozwoliła mi się poddać.

Na zbiegu z Czantorii Wielkiej na Poniwiec
fot. Andrzej Kaszubski

Dystans 50 km jest dla mnie "maratonem górski", jednak mentalnie zmagałem się tam na pewno ze swoim prywatnym "ultra". Niby dotarłem do mety, ale za cholerę nie umiem sobie wmówić, że wygrałem. Chyba, że w tym przypadku (zachowując właściwe proporcje) sens mają słowa będące tytułem książki himalaisty Aleksandra Lwowa... "Zwyciężyć znaczy przeżyć".

Na szczycie słynnego goleszowskiego kamieniołomu

Jest jednak kilka pozytywnych akcentów w tle mojej ponurej historii. 

Po pierwsze wielkie gratulacje dla Marceliny Słomian i Karola Urbańczyka za zajęcie 3 miejsca na dystansie 50 km odpowiednio w kategorii OPEN kobiet i mężczyzn! Jestem bardzo szczęśliwy, że tak kapitalnie pobiegli, mam bowiem świadomość, jak ciężko pracowali na swoje wyniki! Z całego serca życzyłem im tego sukcesu i życzę wielu kolejnych! To świetni ludzie!

Wielkie brawa i wyrazy szacunku dla Kasi Knapik za 2 miejsce na 25 km! Twarda z niej dziołcha, nie ma co!

Kasia Knapik zbiega z Ostrego Nydeckiego
fot. Jacek Deneka (UltraLovers)

Wspaniale było też namówić do startu na 25 km, a potem spotkać Krzyśka Ślusarczyka. W dawnych czasach zdarzało nam się wspinać razem na sztucznych ścianach i w Jurze. Świetnie było zobaczyć go znowu po latach, choć czasu na rozmowę było mało. Mam nadzieję, że zobaczymy się w listopadzie w objęciach Piekła Czantorii.

Z Krzyśkiem Ślusarczykiem i Ryśkiem Dziamskim przed startem.
 
Szkoda mi Wojtka Probsta, który był murowanym faworytem (jak zwykle zresztą) na dystansie 100 km. Skręcenie stawu skokowego zmusiło go niestety do wycofania się z biegu, mimo dużej przewagi nad drugim zawodnikiem. Zdrówka chłopie! Kuruj się, bo sezon długi i do wygrania jeszcze sporo! Trzymam kciuki

A na koniec zdecydowanie pierwszoplanowa postać tego dnia, czyli Andrzej Kaszubski. Mój kolega z Zabrza, który jak powiedział, że leci ze mną cały bieg, tak też zrobił. Mimo, że jest ode mnie lepszym biegaczem, dzielnie towarzyszył mi i wspierał w trudnych chwilach. Gdyby nie jego towarzystwo nie ukończyłbym tego biegu. 

Jeszcze raz wielkie dzięki Andrzeju za to, co dla mnie zrobiłeś!

Jak widać na zdjęciu, moja historia związana jest mocno z 
Beskidzką 160-tką na Raty

Na koniec zapraszam Was do wpisu Karola o sobotniej walce. :)

2 komentarze:

  1. Myślę, że przy tylu problemach, zawahaniach i kryzysach, dotarcie do mety to jednak sukces. Nie poddał się Pan, chociaż było blisko, no ale motywacja była silna rzeczywiście :) Podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten bieg zmienił mnie trochę jako człowieka. Nigdy nie byłem tak bliski zejścia z trasy. Przesunięcie tej granicy miało wpływ na moją psychikę. To pewne. Dzięki za dobre słowo. Pozdrawiam. :)

      Usuń