Odkąd biegam po Zabrzu miewałem z rana dziwne przygody. Chodzi o spotkania z przedstawicieli fauny, których w mieście za bardzo się nie spodziewałem. I tak teraz sięgam pamięcią do początków. To było... jakieś 2 miesiące temu. Może nawet mniej. Wstałem z rana. Koło 5:30. W planach jakieś 8,5 km. Wtedy ten dystans stanowił dla mnie powód do stresu. Głowa lekko skołowaciała pobudką o tak skandalicznej porze. Dodatkowo te straszne 8,5. Dlatego też gdy zbliżałem się do pobliskiego placu rowerowego (był to zupełny początek treningu) i zobaczyłem na nim wielkiego... zająca, zrzuciłem to na karb zmaltretowanej psychiki. Jednak szarak specjalnie nie znikał w miarę zbliżania się do niego. Nie było to więc złudzenie optyczne wywołane biegowym delirium tremens. Cholernik był ogromny. Widziałem już różne zające i króliki ale ten był mega. Majestatycznie pokicał za szkołę zanim wyjąłem z etui smartfona i uruchomiłem kamerę. Nici z filmu. Nic. Pobiegłem dalej. Półtora kilometra dalej przebiegam obok Szybu Macieja i wbiegam na kilka minut w las na Maciejowie. W okolicach kąpieliska leśnego w Zabrzu. No i właśnie. Wbiegam w las... a tutaj jakieś 50 metrów ode mnie siup. Wyskakuje na drogę... dzik. Przebiega z lewej na prawą stronę jezdni. Tuż za nim, jeden, drugi, trzeci... dziesiąty warchlak. Na deser wielkie cielsko odyńca chyba przewala się przez asfalt. Zamurowało mnie. Stałem chyba kilka minut i nie bardzo miałem odwagę tamtędy przebiec. Ciekawy to był trening. Oj ciekawy. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz