Dzwoni budzik. Z niedowierzaniem spoglądam na zegarek. 5:15. Czemu do cholery tak ciemno. Zwlekam się z łóżka. Aśka coś tam marudzi, że zwariowałem i przewraca się na drugi bok. Idę do kolejnego zegarka. Cholera. 5:15. Nie da się ukryć. Tak się zaczął mój dzień. Ale potem już poszło. Szybka toaleta. Picie. Banan. Rozgrzewka i wio. Na trzecim kilometrze zaczęło się rozwidniać. Przytomnie wybrałem trasę bezpieczną nawet jak słaba widoczność. Trochę nieswojo czułem się w Parku Dubiela pomny ostatnich wydarzeń w Lesie Kabackim w połączeniu z dużą aktywnością lobby homoseksualnego. ;) Jakoś przewalczyłem park i dalej podbieg do Grunwaldzkiej i Korfantego. W sumie mocna walka bo 5 km lekko (z dość długim podbiegiem) a potem 5 x 3 minuty tempa startowego. Nieźle mi się druga część treningu dała we znaki. Ale czuję, że to zaprocentuje. Tak więc uważam egzamin na wytrwałość i siłę charakteru za zdany. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz