Dziś nie było łatwo ale zawalczyłem. Spuchnięte kolano po lekkim skręceniu, potem brzuchaty łydki się naciągnął. Jednak 994 km naliczniku kusiły by przebiec to moje poniedziałkowe 10 i przekroczyć 1000. Tak też zrobiłem. Tempo nie było nadzwyczajne ale trening zrobiony. Dzięki temu mogę dziś odszpuntować piwko za "tysiączek" przelatany od 11 lipca 2013 roku. Bywało ciężko, bywało pod wiatr. Jednak dziś jest miło i jestem z siebie dumny, choć mam świadomość, że w porównaniu do harpaganów wypadam bladawo. ;) Nie zakłóca to jednak mojego poczucia, że odwaliłem kawał dobrej roboty. Mam nadzieję, że kolejne miesiące przyniosą znaczne zwiększenie tego kilometrażu i że kontuzje będą mnie omijać. Szczegóły moich aktywności biegowych zobaczyć można na runkeeper.com.

1000 km w 7 miesięcy, no nieźle!!!
OdpowiedzUsuńDzięki. Mogło jednak być lepiej. Ale najpierw były krótkie dystanse jak na początku, potem kontuzji trochę. Generalnie jak w życiu. ;)
UsuńPrzemek czasami mam wrażenie, że w bieganiu jesteś jak baba co na komplement odpowiada "nie no co ty, wcale nie wyglądam ładnie", tylko po to żeby usłyszeć jeszcze naście razy ten komplement ;)
OdpowiedzUsuńChłopie dokonujesz wielkich rzeczy i tyle! Nie porównuj się do innych tylko jako miernik weź swoje samopoczucie :).
Hi hi hi. :) Nie do końca chyba jest tak jak piszesz ale w tym masz rację, że nie ma się co porównywać do zawodowców na przykład bo można wpaść w kompleksy. Co do "wielkich rzeczy" to raczej mocne nadużycie. Ale "lamerstwo" to też nie jest. Fakt. :)
Usuń