16 czerwca 2014

Quo vadis Przemo?

Ostatnie kilka dni spędziłem na rozmyślaniach. Nad tym gdzie byłem jeszcze rok temu, gdzie jestem teraz i dokąd chciałbym dojść w mojej biegowej przygodzie. Skłoniła mnie do tego narastająca niechęć do biegania po asfalcie. I to nie jest przetrenowanie. Nie jest tak, że nie mam ochoty trenować w ogóle. Ja nie mam ochoty biegać po miejskich betonach. Z przyjemnością ruszam w las i wracam ubłocony jak dzik. 

Najgorsze jest to, że odeszła mi jakoś chęć na udział w zawodach polegających na bieganiu po mieście. A przede mną jeszcze kilka opłaconych startów w tym roku. W tym Silesia Maraton. No cóż. Jakoś się przemęczę. ;)

Jednak od przyszłego roku...

No właśnie. Prędzej wystąpię w Biegu Dzika w panewnickich lasach niż w kolejnym półmaratonie po asfalcie. I tutaj docieram do sedna. Wyszło na to, że biegać chce tam gdzie czuję się dobrze. A  że w dużym mieście nigdy dobrze się nie czułem, stąd  i narastające zmęczenie szuraniem po betonowej dżungli.

Skoro nie miasto, to co?

Odpowiedź jest raczej oczywista. Las, przełaj i miejsca, które zawsze były mi bliskie... góry. W Beskidy nie jest daleko. Mnóstwo tam świetnych trasa. Wypad raz na kilka tygodni z rańca na 3-4 godziny latania i powrót do miasta. Czemu nie? Szczególnie, że znam i lubię gościa, który chętnie poszura tak ze mną. Ma podobne cele i spojrzenia na trening i zawody. Teraz tylko kuć żelazo póki gorące. ;)

Wstępne cele na kolejny rok to jakieś 2 górskie biegi na dystansie do 30 km. Może coś w Beskidach albo Sudetach. Zobaczymy. Może jakieś przełaje w okolicy. Trzeba zaopatrzyć się w buciki trailowe, trochę innego sprzętu i hajda na podbój lasów i bagien. ;)

Po 10 miesiącach regularnych treningów przebiegłem maraton. Czuję, że stać mnie na wiele i śmiało patrzę w przyszłość. Jeśli zdrowie dopisze, a górskie bieganie nie wyjdzie mi bokiem, to mam bardzo odległy ale jasny cel. 


Cel ambitny i wymagający ostrego treningu. Ale jak mogłem przygotować się do maratonu w 3 miesiące to za kilka lat mogę pobiec w Tatrach.

Przed debiutem w maratonie myślałem sobie "Jeśli mi się uda, to mogę spokojnie umierać". Powiem Wam, że większej bzdury w życiu nie wymyśliłem. ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz