30 czerwca 2014

V Rybnicki Półmaraton Księżycowy

Jest ekipa, jest akcja!
To był bardzo nietypowy bieg. Nazwa "księżycowy" zobowiązuje. Zaczynał się o 22:00 i wiódł ulicami Rybnika w sposób mocno pokręcony. Dodatkowo obfitował w liczne długie podbiegi i stosunkowo strome zbiegi. Ani pora ani trasa nie sprzyjały biciu rekordów.

Ale zacznijmy od początku. Wraz z Mateuszem ruszyliśmy z Zabrza około godziny 19:15. Już wtedy pogoda wyglądała marnie. Na niebie przewalały się chmury burzowe. Na przemian padało i lało. Dojazd na miejsce zabrał nam około 50 minut. Byłoby szybciej gdyby nie to, że źle skręciłem na jednym z pierdyliona rond w Rybniku. Odebraliśmy pakiety startowe na hali sportowej i zajęliśmy się poszukiwaniem znajomych. Około 21:30 rozpoczęła się rozgrzewka grupowa.

Na zawody jechałem z założeniem złamania czasu 1:45:00. Jednak ani późna pora, ani stan trasy (mokro) nie nastrajały mnie optymistycznie. No cóż. Mokro jest dla wszystkich biegaczy. Nie ma co ma marudzić. Trzeba walczyć o najlepszy wynik i tyle.

Biegliśmy ramię w ramię z Mateuszem. Przyznam, że pierwsze 4-5 km niespecjalnie mnie podbudowały. Było duszno i generalnie jakoś tak słabo. Ale zaciąłem zęby i próbowałem dotrzymać kroku Mateo, który pędził jak gazela. Po pierwszym okrążeniu (były 3 pętle) okazało się, że lecimy na tempo 4:50! Zbyt mocno jak na mnie! Planowałem lecieć na 5:00 na początku. Jednak w okolicach 10 km poczułem się znacznie lepiej. Może zadziałał żel energetyczny, który zażyłem chwilę wcześniej. A może po prostu w końcu się dobudziłem. Nie wiem. Od tej pory biegło mi się znacznie lepiej. Po 14 km okazało się, że nadal biegniemy w okolicach tempa 4:55. Jednak Mateusz nie był już tak optymistycznie nastawiony do ostatniego etapu. Nagle zniknął mi gdzieś za plecami i już do końca biegu nie spotkaliśmy się na trasie. 

W okolicach 18 km, na dość stromym podbiegu, minąłem dogorywającego "zająca". Przy zadku dyndał mu się smętnie balonik z napisem 1:45. Można się było tego spodziewać. To był jeden z dwóch pacemakerów, którzy radośnie mijali nas kilka kilometrów wcześniej (podczas gdy my biegliśmy na sporo poniżej 1:45). Nad profesjonalizmem owych "zajęcy" spuszczę litościwą zasłonę milczenia. Dodam, że drugi z nich dobiegł do mety na długo przede mną.

Ostatnie 3 km były dość ciężkie. Szczególnie, że czekał mnie jeszcze długi podbieg do ulicy Powstańców Śląskich. Z pomocą przyszedł mi młody strażak, który podał mi wielką butlę z wodą. Mogłem wylać sobie sporo na czerep i wydoić parę zacnych łyków. Mój wybawiciel biegł ze mną cierpliwie pod górę by na końcu odebrać ode mnie bukłak. To było coś! Jestem chłopakowi bardzo wdzięczny!

Przemo i Mateo z medalami ;)
Potem była już długa prosta, zakręt obok sanktuarium z dwoma strzelistymi wieżami i ostatnie metry do mety. Już wtedy wiedziałem, że ze złamania 1:45 nic raczej nie będzie. Ale postanowiłem lecieć na maksa do końca. I tak też zrobiłem. 

Ostatecznie przekroczyłem linię mety w czasie 1:45:44. To mój najlepszy wynik w półmaratonie (ponad minutę lepszy od Półmaratonu Dookoła Jeziora Żywieckiego), jednak pozostał niedosyt. Szkoda tych 44 sekund, ale cóż zrobić. Dałem z siebie ile mogłem o tej porze i w takich warunkach. Wystarczyło na tyle. Dość dobrze wypadłem na tle innych bo ten wynik dał mi 337 miejsce na 963 zawodników. Więc nie jest tak źle! 

Galeria z zawodów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz