28 sierpnia 2016

Zamek w Chudowie, czyli tam i z powrotem

Od lewej: Lechu, Stefan, ja, Andrzej i Rafał.
Data: 27.08.2016
Dystans: 30 km
Czas: 2:48:14 
Szczegóły biegu
Galeria

Otwieram oczy. Jest sobota. Godzina 5:15. Budzik miał i tak zabrzmieć za 5 minut, więc wstaję po cichu z łóżka. 


- Jezuniu. Tak wcześnie rano. Ale bym jeszcze pospał... Kto to wymyślił? Hmmm... Cholera, chyba ja. Szlag... To trzeba iść. Chłopaki będą czekać. - prowadzę debatę sam ze sobą.

W końcu się zwlekłem.  Owsianka, woda, mycie i lecę. W międzyczasie czytam na komunikatorze informację od Lecha, że zasiedział się nad robotą do 4:15 i raczej go nie będzie. Szkoda. Miał nas wspierać z wysokości roweru. Tak bywa, mam nadzieję, że reszta chłopaków się pojawi. Inaczej nie znajdę mocy na realizację planu. Wycieczka biegowa pod zamek w Chudowie i z powrotem, to z mojego osiedla około 30 km. Całkiem konkretne latanie. ;)


Przed 6:00 cisnę już pod Multikino. Z dala widzę dwóch wariatów na parkingu obok "Biedronki". Poznaję Andrzeja, zbliżam się i... Wielkie nieba! Lechu wyjmuje rower z samochodu i szykuje go do drogi. Miało chłopa nie być, a jest! :) To dobry znak. Okazało się, że nie mógł zasnąć po ślęczeniu nad dokumentami i stawił się gotowy do walki.

Jeszcze z Wojtkiem (pierwszy z prawej) w składzie.
Czekamy chwilę na Mateusza, ten jednak nie pojawia się. Ruszamy. Po drodze przechwytujemy Rafała, pod Kopalnią Guido czekają Stefan i Wojtek. Ten drugi biegnie z nami tylko kilka kilometrów i wraca.

Kolejne kilometry mijają nam na klachach (po śląsku "plotki") i dowcipkowaniu. Dość szybko dobiegamy do zamku w Chudowie. Jesteśmy zatem w połowie drogi. Pijemy, wciągamy po żeliku, łapiemy oddech i ruszamy w drogę powrotną. Pogoda ja na razie jest dla nas łaskawa. Powoli jednak słońce zaczyna doskwierać. 

Decydujemy się wracać drogą przez Paniówki. Okazuje się to rozwiązaniem nie do końca dobrym. Ruch samochodowy na tej trasie jest już duży o tej porze, a na długich odcinkach brakuje bezpiecznego pobocza. Udaje nam się jednak dotrzeć bezpiecznie do wiaduktu nad autostradą A4. Za chwilę wbiegamy do Kończyc (dzielnica Zabrza) i kryjemy się wśród drzew przed coraz bardziej męczącymi promieniami słońca.

Lechu fotografuje nas z wyżyn swojego bicykla.
Rafał zarządza postój. Idzie do sklepu kupić coś do picia. Błogosławię tę chwilę oddechu, ponieważ od kilkudziesięciu minut walczę z narastającym kryzysem. 

Potem jest już lepiej. Gdy dobiegamy do ulicy de Gaullea odłącza się od nas Stefan. Rafał skręcił już wcześniej w stronę domu. Biegnę ramię w ramię z Andrzejem, który nagle pyta:

- Dobra. Koniec żartów. Gdzie ten przystanek?
 

Mamy z tego niezły ubaw. Ale do miejsca, z którego wystartowaliśmy jest już tylko 4 km. Nie mam wątpliwości, że damy radę. I tak też się dzieje. Chłopaki odprowadzają mnie nawet pod klatkę. Na zegarku pojawia się 30 km. Jest 9:20. Słońce staje się nieznośne. Ten start o 6:00, to był jednak dobry pomysł. ;)  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz