Od kilku lat w zimie doświadczałem czegoś, co można było nazwać "klątwą Baraniej Góry". Ilekroć przymierzałem się do wyprawy na nią, coś mi przeszkadzało. Albo niskie temperatury, albo opady śniegu, albo kontuzje. Tym razem jechałem do Koniakowa z wielką nadzieją na przełamanie tej niemocy. Okazja na atak trafiła się 26 stycznia. Prognozy były dobre. Bezwietrzna pogoda, w dolinach -5 stopni, w szczytowych partiach może -8. Pomyślałem sobie "teraz, albo nigdy". Pobudka 6:00, szybki dojazd pod schronisko "Zaolzianka" i ruszam w stronę wymarzonego szczytu.
![]() |
| Powyżej chatki AKT "Watra" (okolice Stoczka) |
Pierwsze 3.5 km to bieg przez Pietroszonkę. Droga jest mocno oblodzona. Trzeba uważać. Od chatki AKT "Watra" szlak pnie się ostro w górę w stronę Stoczka. Przechodzę w szybki marsz. Droga jest przetarta. Idzie się fajnie. Cisza. Słyszę tylko skrzypienie zmrożonego śniegu pod butami.
![]() |
| Ośnieżone smreki na Mysiej Polanie |
Docieram na Karolówkę. Szlak prowadzi przez piękny las. Da się biec. Korzystam z tego. Wiem, że kolejnym punktem orientacyjnym będzie schronisko PTTK na Przysłopie. Czuję się świetnie. Mam wrażenie, że jestem jedyną żywą istotą w tym potężnym masywie. Chłonę atmosferę gór, rozkoszuję się samotnością i spokojem. Jest pięknie. Zbiegam ostro w dół. Po lewej stronie w górze majaczy schronisko. Szlak odbija w prawo. Akurat tutaj jest słabo przetarty. Brnę w górę w śniegu po kolana i zaczynam się martwić. Jeżeli tak jest wyżej, nie mam szans by dotrzeć na szczyt w okolicach 9:00. Nie poddaję się. I dobrze. Powyżej schroniska ścieżka jest pięknie przedeptana. Dodaje mi to skrzydeł. Ruszam truchtem. W tym momencie uwierzyłem, że w końcu mi się uda. Robi się coraz chłodniej, rusza wiatr, czuję bliskość partii szczytowych.
![]() |
| Klimatyczne leśne cmentarzyska w okolicach szczytu |
Jest super. Nie sądziłem, że tak wysoko będę jeszcze żwawo biegł. Szlak spłaszcza się. Momentami wspina się ku górze, ale na tyle łagodnie, że "połykam" szybko kolejne odcinki. Nie mam świadomości, co czeka mnie za chwilę. A jest to coś niesamowitego. Doznanie wręcz mistyczne. Najpierw wybiegam z lasu na Mysią Polanę. Uderza mnie niezwykła... cisza. Mroźne powietrze zastygło w bezruchu. Niezwykłe... Nie byłem tu nigdy, ale czuję, że szczyt już blisko. Chłonę atmosferę tego pięknego miejsca przez dłuższą chwilę i ruszam. Nadal można biec.
![]() |
| Na szczycie |
W oddali pojawia się wieża widokowa na szczycie. Już wiem, że osiągnąłem swój cel. Po 1 godzinie i 20 minutach od wybiegnięcia spod "Zaolzianki" jestem na Baraniej Górze. Według map turystycznych potrzeba na to około 3 godzin i 15 minut. No to poszło całkiem nieźle. Na szczycie spędzam chwilę. Uzupełniam płyny, delektuję się zwycięstwem. Góra była łaskawa. Mam w sobie dużo pokory. Wiem, że bez "przychylności" matki natury człowiek niewiele może zdziałać. Ta wyprawa utwierdza mnie w tym przekonaniu.
Zbieram się do powrotu, gdy na wschodzie przebijają odważnie przez chmury pojedyncze promienie słońca. Z każdą chwilą jest ich coraz więcej. Padają na dolinę u podnóża góry tworząc niesamowity spektakl. Próbuję zrobić zdjęcie, ale mój aparat w "komórce" nie jest w stanie oddać choć małej cząstki tego mistycznego pokazu. Nie chcę popadać w patetyczny ton, ale nie ma w życiu wielu takich chwil. Z jednej strony czuję się nikczemny i mały, z drugiej wyróżniony przez los, który pozwolił mi tutaj być i zobaczyć to, co widzę. Wyłączam aparat. Wolę popatrzeć i zapamiętać... poszukać w sobie miejsca, w którym mógłbym zachować ten widok i to co czuję. Ciężko mi o tym pisać, to był niezwykły moment.
![]() |
| Świetlny spektakl na szczycie |
Zaczynam przemarzać. Pora wracać. Zbiegam szybko. Jestem zamyślony. Czas płynie powoli. Nie umiem i nie chcę otrząsnąć się tego, czego doświadczyłem. Zbiegam na Przysłop. Mijam zdębiałego pracownika schroniska, który raczej nie spodziewał się, że o godzinie 9:00 od strony szczytu Baraniej Góry nadleci jakiś facet. ;)
Przemykam po zboczach Karolówki. Nie mogę wyrwać się z zamyślenia. Dobiegam do rozwidlenia szlaków i lecę "na nosa". Coś mi się nie podoba, jednak brnę uparcie przez siebie. Nagle dociera do mnie, że dałem ciała. Zaczynam zapadać się po kolana w śniegu. Cholera. Nie szedłem tędy do góry. Pomyliłem szlak. Docieram do oznaczenia. Szlag jasny! Niebieski. Ładnie... Wyciągam mapę. Na prawo jakieś wzniesienie. To Gańczorka! Cudnie. Przebiegłem w śniegu z kilometr w niewłaściwą stronę. Wracam w pocie czoła do rozwidlenia szlaków. Po chwili zbiegam już właściwą drogą do chatki "Watra" i ruszam przez Pietroszonkę do samochodu.
Barania Góra odcisnęła na mnie swoje piętno. Muszę tam wrócić, nie wyobrażam sobie innego biegu zdarzeń. Zakochałem się w ciszy, którą mnie przywitała Mysia Polana. Zachwyciłem mistycznym spektaklem słonecznych promieni na szczycie. Myślę, że ta wyprawa coś we mnie zmieniła. Tak czuję. Nie umiem na ten temat powiedzieć więcej, jednak wiem, że tak właśnie jest.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz