14 lutego 2018

Marzy mi się snowboardowy freeride...

Znowu pośmigałem na desce. Nigdy się tak nie wyjeździłem przez tydzień ferii, co w tym roku. Kiedyś nie lubiłem zimy... Ciężko się jeździ autem, trzeba odśnieżać, człowiek marznie. Było tak do czasu pierwszych prób na "parapecie".

Trudne początki w Karpaczu ;)

Moja przygoda z deską miała początek na małym stoku w Karpaczu wiele lat temu. Początki były trudne. Próby wstawania, tysiące gleb, pierwsze ślizgi. O jeździe na orczyku nie było mowy, więc deska na plecy, dymanie pod górę i walka o życie. Potem przyszedł czas na pierwsze skręty (jakkolwiek to brzmi).

W Koniakowie na wyciągu "Szus"
fot. Przemek Ciepliński

Z czasem ogarnąłem jednak temat jazdy na wyciągu talerzykowym, coraz pewniej czułem się na stoku. Pojawiły się pierwsze próby jazdy po trudniejszych trasach. Było ciężko, wszystko zbyt siłowe... bojaźliwe. Pewnego dnia coś w głowie "puściło" i zaczęła się radość z prędkości, spory luz, mniej gleb... i trwa to do dziś.

Gosia i Adam pierwszy raz spróbowali "dechy"
fot. Przemek Ciepliński

Ku mojej radości (a irytacji żony), moja starsza córka Gosia postanowiła w tym roku spróbować snowboardu. Na nartach jeździ już całkiem nieźle, ale że ma w sobie iskrę szaleństwa (pewnie po mnie), postanowiła coś zmienić. Była świetna zabawa ze wstawaniem i pierwszymi ślizgami, potem godzina z instruktorem, udane próby na orczyku. Jestem z niej dumny, bo załapała bardzo szybko (pewnie dlatego, że jest niezwykle sprawna). Fajnie by było pojechać kiedyś ramię w ramię z córką z jakiegoś dużego stoku... To moje małe marzenie.

Demon na stoku ;)
fot. Przemek Ciepliński

Aktualnie radzę sobie już nieźle z czerwonymi (trudnymi) trasami. Jazda sprawia mi dużo frajdy, choć i efektowne upadki nadal stają się moim udziałem. Marzy mi się snowboardowy "freeride", czyli jazda poza szlakiem, po dzikim ośnieżonym stoku. Mam jednak świadomość, że do tego daleko... Muszę się jeszcze sporo nauczyć.

Na koniec krótki filmik z prób Gosi i Adasia:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz