1 czerwca 2018

Przyjemne beskidzkie kółeczko

Plan na beskidzkie kółeczko Dolina Wapienicy - Szyndzielnia - Klimczok - Błatnia - Dolina Wapienicy pojawił się w naszych głowach wiele miesięcy temu. Wyrypa nie chciała jednak dojść do skutku. Plany krzyżowała nam zwykle pogoda lub inne zdarzenia losowe (popijawy, finał Ligi Mistrzów etc). Gdy już mieliśmy termin i dobre prognozy, moja żona zaczęła sugerować, bym... zamieszkał z Łukaszem. Dzięki temu byłoby nam łatwiej organizować kolejne wyprawy. Trąciło to z lekka rozwodem lub przynajmniej separacją...

Nie dałem się jednak złamać... 

Budzik zaryczał w Boże Ciało o 3:45. Odegnałem myśli o byciu skończonym idiotą i zwlekłem się z łóżka. O 4:30 otworzyły się drzwi bloku Łukasza i spojrzała na mnie twarz zdradzająca objawy wielkiego deficytu snu.

- To jednak ja prowadzę? - zapytałem.
- Tak...
- Może odpuśćmy?
- Nie. Przytnę sobie komara w aucie i będzie dobrze...

Tak się właśnie kończą wieczorne "wizyty biznesowe" u szefa. 

Ponoć nie należy kupować samochodów na "f": Fiata, Forda i francuskich. Łukaszowe Renault Megane prowadziło się jednak świetnie. Mój partner rozłożył fotel i udał się w objęcia Morfeusza, jego auto domagało się co chwila wrzucenia "szóstki", więc droga zleciała szybko. 

Na miejscu czekała nas niemiła niespodzianka. Była nią obecność wielkiego znaku informacyjnego tuż przy parkingu. Mówił o zamknięciu szlaku z Doliny Wapienicy na Szyndzielnię (oznaczenie żółte). Dotyczył on dni od poniedziałku o piątku, więc "roboczych" (być może chodziło o zwózkę ściętych drzew). Dzisiaj było święto (na dodatek godzina 6:00), więc uznaliśmy, że można go zignorować. Czas pokazał, że mieliśmy rację. Nie napotkaliśmy na szlaku żadnych utrudnień, może poza... samopoczuciem Łukasza.

Łukasz dogorywa na zboczach Szyndzielni.
fot. Przemek Czuba

Mój znakomity partner dzielnie walczył z samym sobą. Odwodnienie (spowodowane spożyciem alkoholu minionego wieczoru) dawało znać o sobie. Po 2 km podejścia zaczęliśmy kalkulować.


- Jakby się teraz wycofać... To mielibyśmy 2 plus dwa... czyli... 4! 4 km z założonych 20... Hm...
- To już jedna piąta z tego co zamierzaliśmy! - ożywił się Łukasz.
- Tak przyznałem... Nawet nieźle...
- Hm...

Ale wytrzymaliśmy. Mamy psychę ze stali! Ruszyliśmy leniwie w górę ku upragnionemu szczytowi Szyndzielni. Według mapy mieliśmy dostać się tam w 2 godziny. Zdziwiliśmy się, gdy po 70 minutach wędrówki zaczęły wyłaniać się z lasu budynki schroniska. Widok ze szczytu zaparł dech w moich piersiach. Łukasz natychmiast ozdrowiał i chwycił za aparat.

Babia Góra widziana ze szczytu Szyndzielni.
fot. Łukasz Misala

W oddali majaczyło potężne wzniesienie. Babia Góra. U jej stóp snuły się mgły. Po lewej stronie wił się między wzgórzami błękitny język Jeziora Żywieckiego. Trudno opisać ten moment słowami... Staliśmy tam długo zachwyceni spektaklem odgrywającym się w oddali.

Tego poranka na Szyndzielni nie zapomnę nigdy.
fot. Łukasz Misala 

Trzeba było ruszać dalej. Z żalem opuściliśmy miejsce naszego odpoczynku. Kolejne kilometry przeleciały szybko. Robiło się coraz cieplej. W schronisku pod Klimczokiem wypiliśmy dobre cappuccino w przyjaznym cieniu altanki. Potem szybkie podejście stokiem narciarskim (z kapitalnym widokiem na Skrzyczne) i obraliśmy kurs na Błatnią. 

Kroczyliśmy debatując o wszystkim, rozmowa wciągała... 

- A my w ogóle dobrze idziemy? - zapytałem.
- Tak.
- Nie widzę oznaczeń szlaku. A Ty widzisz?
- Nie.


Dodam, że Łukasz był tutaj pierwszy raz w życiu, a ja pierwszy raz od miliona lat.

Gnom-wędrowiec gdzieś na zboczach Klimczoka.
fot. Łukasz Misala


Udało nam się jednak szczęśliwie dotrzeć na Błatnią. Było kilka minut po 10:00. Zasiedliśmy w polowym bufecie na zimnego "radlerka" o mocy... 0%. Słodki napój dobrze nam zrobił. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem w dół ku Dolinie Wapienicy. Po drodze mijaliśmy coraz większe grupy turystów walczących ze stromymi podejściami i narastającym upałem. Padły pytania o odległość do szczytu. Niestety nie mieliśmy dobrych informacji. W okolicach zapory szlak zrobił się bardzo stromy. Szybko opadał ku asfaltowi, którym dotarliśmy na parking.

Kolejna wycieczka w przyjemny rejon w towarzystwie bratniej górskiej duszy. Życzę sobie takich wypadów jak najwięcej.

Szczegóły aktywności

2 komentarze:

  1. Uwielbiam czytać te Twoje relacje z wypraw z Łukaszem ���� Brawa dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki. Takich dwóch jak my w jednym miejscu, to zagrożenie dla ludzkości. :)

    OdpowiedzUsuń