Plan na beskidzkie kółeczko Dolina Wapienicy - Szyndzielnia - Klimczok - Błatnia - Dolina Wapienicy pojawił się w naszych głowach wiele miesięcy temu. Wyrypa nie chciała jednak dojść do skutku. Plany krzyżowała nam zwykle pogoda lub inne zdarzenia losowe (popijawy, finał Ligi Mistrzów etc). Gdy już mieliśmy termin i dobre prognozy, moja żona zaczęła sugerować, bym... zamieszkał z Łukaszem. Dzięki temu byłoby nam łatwiej organizować kolejne wyprawy. Trąciło to z lekka rozwodem lub przynajmniej separacją...
Nie dałem się jednak złamać...
Nie dałem się jednak złamać...
Budzik zaryczał w Boże Ciało o 3:45. Odegnałem myśli o byciu skończonym idiotą i zwlekłem się z łóżka. O 4:30 otworzyły się drzwi bloku Łukasza i spojrzała na mnie twarz zdradzająca objawy wielkiego deficytu snu.
- To jednak ja prowadzę? - zapytałem.
- Tak...
- Tak...
- Może odpuśćmy?
- Nie. Przytnę sobie komara w aucie i będzie dobrze...
- Nie. Przytnę sobie komara w aucie i będzie dobrze...
Tak się właśnie kończą wieczorne "wizyty biznesowe" u szefa.
Ponoć nie należy kupować samochodów na "f": Fiata, Forda i francuskich. Łukaszowe Renault Megane prowadziło się jednak świetnie. Mój partner rozłożył fotel i udał się w objęcia Morfeusza, jego auto domagało się co chwila wrzucenia "szóstki", więc droga zleciała szybko.
Na miejscu czekała nas niemiła niespodzianka. Była nią obecność wielkiego znaku informacyjnego tuż przy parkingu. Mówił o zamknięciu szlaku z Doliny Wapienicy na Szyndzielnię (oznaczenie żółte). Dotyczył on dni od poniedziałku o piątku, więc "roboczych" (być może chodziło o zwózkę ściętych drzew). Dzisiaj było święto (na dodatek godzina 6:00), więc uznaliśmy, że można go zignorować. Czas pokazał, że mieliśmy rację. Nie napotkaliśmy na szlaku żadnych utrudnień, może poza... samopoczuciem Łukasza.
![]() |
| Łukasz dogorywa na zboczach Szyndzielni. fot. Przemek Czuba |
Mój znakomity partner dzielnie walczył z samym sobą. Odwodnienie (spowodowane spożyciem alkoholu minionego wieczoru) dawało znać o sobie. Po 2 km podejścia zaczęliśmy kalkulować.
- Jakby się teraz wycofać... To mielibyśmy 2 plus dwa... czyli... 4! 4 km z założonych 20... Hm...
- To już jedna piąta z tego co zamierzaliśmy! - ożywił się Łukasz.
- Tak przyznałem... Nawet nieźle...
- Hm...
Ale wytrzymaliśmy. Mamy psychę ze stali! Ruszyliśmy leniwie w górę ku upragnionemu szczytowi Szyndzielni. Według mapy mieliśmy dostać się tam w 2 godziny. Zdziwiliśmy się, gdy po 70 minutach wędrówki zaczęły wyłaniać się z lasu budynki schroniska. Widok ze szczytu zaparł dech w moich piersiach. Łukasz natychmiast ozdrowiał i chwycił za aparat.
![]() |
| Babia Góra widziana ze szczytu Szyndzielni. fot. Łukasz Misala |
W oddali majaczyło potężne wzniesienie. Babia Góra. U jej stóp snuły się mgły. Po lewej stronie wił się między wzgórzami błękitny język Jeziora Żywieckiego. Trudno opisać ten moment słowami... Staliśmy tam długo zachwyceni spektaklem odgrywającym się w oddali.
![]() |
| Tego poranka na Szyndzielni nie zapomnę nigdy. fot. Łukasz Misala |
Trzeba było ruszać dalej. Z żalem opuściliśmy miejsce naszego odpoczynku. Kolejne kilometry przeleciały szybko. Robiło się coraz cieplej. W schronisku pod Klimczokiem wypiliśmy dobre cappuccino w przyjaznym cieniu altanki. Potem szybkie podejście stokiem narciarskim (z kapitalnym widokiem na Skrzyczne) i obraliśmy kurs na Błatnią.
Kroczyliśmy debatując o wszystkim, rozmowa wciągała...
- A my w ogóle dobrze idziemy? - zapytałem.
- Tak.
- Nie widzę oznaczeń szlaku. A Ty widzisz?
- Nie.
Dodam, że Łukasz był tutaj pierwszy raz w życiu, a ja pierwszy raz od miliona lat.
![]() | |
| Gnom-wędrowiec gdzieś na zboczach Klimczoka. fot. Łukasz Misala |
Udało nam się jednak szczęśliwie dotrzeć na Błatnią. Było kilka minut po 10:00. Zasiedliśmy w polowym bufecie na zimnego "radlerka" o mocy... 0%. Słodki napój dobrze nam zrobił. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem w dół ku Dolinie Wapienicy. Po drodze mijaliśmy coraz większe grupy turystów walczących ze stromymi podejściami i narastającym upałem. Padły pytania o odległość do szczytu. Niestety nie mieliśmy dobrych informacji. W okolicach zapory szlak zrobił się bardzo stromy. Szybko opadał ku asfaltowi, którym dotarliśmy na parking.
Kolejna wycieczka w przyjemny rejon w towarzystwie bratniej górskiej duszy. Życzę sobie takich wypadów jak najwięcej.
Szczegóły aktywności




Uwielbiam czytać te Twoje relacje z wypraw z Łukaszem ���� Brawa dla Was!
OdpowiedzUsuńDzięki. Takich dwóch jak my w jednym miejscu, to zagrożenie dla ludzkości. :)
OdpowiedzUsuń