25 września 2016

Jezioro Dzierżno Małe - tam i z powrotem

Nad jeziorem.
Data: 24.09.2016
Dystans: 41.8 km
Czas: 4:00:00

Wszystko zaczyna się i kończy w głowie. Wybaczcie mi, ale ten wpis będzie trochę bardziej emocjonalny niż zwykle. Bo też wiele działo się w mojej duszy przed i w trakcie tej biegowej wycieczki.

Wyprawę zaplanowaliśmy już wiele tygodni temu. Swój udział zapowiedziała śmietanka zabrzańskich maratończyków i ultrasów. ;) Niestety nie wszyscy się zjawili, ale tak bywa. Życie. Czekałem też z wielką radością na nasz bieg. 

Jednak w moim życiu, w ostatnim czasie nie działo się najlepiej.

Obudziłem się w sobotę o 4:50. Nogi przeciążone, nie doszły jeszcze do siebie. Głowa zmaltretowana. W czwartek wróciłem z Warszawy z pogrzebu bliskiej mi osoby. Mojej drogiej Cioci Marii, u której mieszkałem wiele lat na studiach. Odeszła szybko, po ciężkiej chorobie. 

O wschodzie słońca byliśmy już w drodze.
Głowa nie była i nie jest nadal w pełni gotowa na trudne biegowe wyzwania. Uznałem jednak, że nie zwalnia mnie to z obowiązku podjęcia walki. Chłopaki liczyli, że się stawię, nie chciałem ich zawieść. Byłem jednak pewny, że moja forma psychofizyczna jest zwyczajnie do bani.

Na domiar złego, wracając we stolicy zaliczyliśmy 2-godzinne opóźnienie pociągu. Zamiast być w domu około 22:00, byliśmy po północy. Przez ostatnie 3 dni spałem w sumie może 15 godzin. Jak się wali, to wszystko na raz.

Liczyłem jednak na to, że głowa udźwignie wyzwanie. I tak się stało. Szacowaliśmy dystans na około 42-43 km. Po dobiegnięciu nad jezioro zegarki wskazały jednak grubo powyżej 23 km. Droga powrotna, w większej części była dla mnie walką z samym sobą. Chłopaki wspierali mnie dzielnie, a ja się nie poddawałem. Gdy na 27 km dotarło do mnie, że jeszcze jakieś 20 przede mną, zrobiło mi się niewyraźnie. ;) Generalnie miałem ochotę pójść na autobus, ale wrodzony upór i duma biegacza nie pozwoliły mi na to.

5:40 - za chwilę start
Dobiegliśmy pod dom Andrzeja w Grzybowicach. Wcześniej padła propozycja, że odwiezie on mnie i Mateusza do domu. Najpierw odmówiłem, ale gdy na zegarku pojawiło się 40 km coś we mnie pękło. ;) Złamałem się. Jednak wyrzuty sumienia stłamsiły mnie do tego stopnia, że wysiadłem pod centrum handlowym i postanowiłem przebiec jeszcze 1.5-2 km do domu. Nogi drewniane rozruszały się po chwili i poleciałem przez działki w stronę mojego osiedla. 

Gdy minęły 4 godziny biegu, wyłączyłem stoper. Nie dobiegłem do magicznych 42 km i 195 metrów. Trudno. Magia liczb jakoś na mnie nie działała tego dnia. Byłem zmaltretowany fizycznie, ale dumny z tego, że się nie poddałem. Planu nie zrealizowałem do końca, ale wyniosłem z tej wyprawy cenną wiedzę. Wszystko zaczyna się i kończy w głowie. Nawet jeżeli wiatr wieje Ci w oczy, a los nie sprzyja... walcz! 

Stać Cię na dużo więcej, niż Ci się wydaje! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz